Jak zwykle przy premierze nowego modelu generatywnego zza naszej zachodniej granicy — zwłaszcza od firm anglosaskich — pojawia się spora wrzawa. „Nano Banana Pro” przedstawiane jest jako przełomowy cud technologii, niemal na miarę „cudu nad Wisłą”. Niestety w praktyce to jedynie lekko odświeżone opakowanie czegoś, co już dobrze znamy.
W poprzednim artykule „Po co komu Nano Banana?” pokazywałem narzędzie, które jest nie tylko tańsze i lepsze, ale którego „darmowość” jest w pełni uczciwa.
Nowy model, podobnie jak wiele innych, nadal ma problemy z nietypowymi elementami, które nie mieszczą się w jego utartej narracji. Tego typu AI wciąż „nie widzi” rzeczy kreatywnych czy niestandardowych. Dążenie do fotorealizmu dodatkowo utrudnia niektóre procesy poznawcze, a ograniczenia wynikają zwyczajnie z budżetu treningowego.
Przetestowałem ten model wstępnie i… nic się nie zmieniło. Standardowe zastosowania — jak wygenerowanie postaci na tle kilku prostych elementów — wychodzą poprawnie. Ale gdy tylko pojawia się coś bardziej abstrakcyjnego, np. nietypowe wnętrza, model kompletnie sobie nie radzi.
Jedna rzecz zasługuje jednak na pochwałę: wreszcie potrafi sensownie „czytać” po polsku, co jest cenne, bo nasz język jest bardzo precyzyjny.
Trzeba też uczciwie przyznać jedno: marketing anglosaski działa na najwyższym poziomie. I tego zdecydowanie warto się uczyć.


